Virginia fajne miasto szkoda tylko, że pełne potworów. Już w samym autobusie mieliśmy problemy, a co dopiero gdy wyszliśmy na ulice. Mat jest typowym legionistom i jest on trochę uciążliwy. Nie potrafię rozgryźć tego kolesia, po co on musiał się z nami tłuc. Co do Venny, nie rozumiem czemu ona w ogóle była w szpital skoro czuję się wyśmienicie i jest w znacznie lepszej kondycji od nas. Straciliśmy w SPQR zbyt dużo czasu.
-Lara co zjesz? -zapytał Leo.
-Spaghetti i zieloną herbatę. - odśmiechnęłam się do niego.
-A proszę ?!- powiedział podirytowany Mat.
-Proszę. - wycedziłam przez zęby.
Osiedliliśmy się w małym hoteliku, a właściwie pensjonacie niedaleko za miastem. Jest tu bezpieczniej, a nie chcemy ryzykować bezpieczeństwa śmiertelników. Niech żyją sobie w swojej błogiej nie świadomości. Taniej nas wyszło wziąć pokój 4 osobowy niż dwa pokoje 2 osobowe. Więc muszę się teraz męczyć z Matem. Najgorsze jest to, że Venna i Leo go polubili. Oczywiście cenią się z moim zdaniem, bo mam najlepsze wyczucie jeśli chodzi o ludzi, ale to nie przeszkadza, że tak powiem śmiać się i płakać z nim. Pokój jest dość przestronny, ładnie urządzony z dużymi oknami. Zostałam sama, bo moi kochani kompani poszli się przejść i zobaczyć czy nie znajdziemy tu, żadnej wskazówki. Postanowiłam skorzystać z tej okazji i odświeżyć się w spokoju, bez złośliwych komentarzy typu: czemu tyle tam siedzisz? czy każdej dziewczynie tyle to zajmuje? itd. Wytarłam się ręcznikiem, ubrałam się. Tylko w spodenki, majtki i stanik. Koszulka mi jeszcze nie wyszła, a świeżej nie mogłam znaleźć. Spojrzałam w lustro. Powinnam wyglądać na wypoczętą po nocy spędzonej w tak miękkim łóżku. Szkoda tylko, że nie zmrużyłam oka, cały czas mam wrażenie, że zmierzamy nie ta gdzie trzeba. A krótki sen w autobusie, nie zrobi z nas ślicznych, świeżych kwiatuszków. Mam już trochę tego dość wczoraj zwiedziliśmy prawie całą Virginię i nie natknęliśmy się na żaden ślad. Każdy kamień, każdy zaułek i nic. "Dobra" stwierdziłam "Musisz wziąć się w garść. Powinnaś jasno myśleć, dać im przykład". Opłukałam twarz wodą, a włosy spięłam w luźny kok. Włosy wygolone od karku do granicy uszu dają dużą swobodę. W pokoju nikogo nie było, więc nie musiałam się martwić, że ktoś mnie zobaczy. Zaczęłam szukać bluzki przeszukałam wszystkie torby po kolej, szafy, przeorałam cały pokój. Może jest to dziwne, że mam ze sobą tak mało ubrań, ale mały dobytek umożliwia szybszą i skuteczniejszą obronę-ucieczkę przed potworem.
-Tego szukasz? - za mną rozległ się głos. Podskoczyłam ze strachu. Za mną w drzwiach stał Mat wymachujący moją koszulką. Zalała mnie złość miałam ochotę dobyć miecza i nim go przeszyć. Jeszcze ja się bezczelni gapił i ten jego cyniczny uśmieszek. Czułam, że jego wzrok skanuje mnie od góry do dołu. Tego już za wiele podeszłam do niego, wyrwałam mu moją bluzkę i boleśnie uderzyłam w żebra. Biedak zgiął się z bólu. Uśmiechnęłam się i wciągnęłam T-shirt przez głowę. Wrzuciłam porozrzucane rzeczy do plecaka i wyszłam na balkon. Wisiał tam mały hamak oraz stały dwa wygodne fotelo-leżaki. Rozłożyłam się w hamaku.
-Gdzie Venna i Leo? - zapytałam w końcu.
Nie usłyszałam odpowiedzi. Zapytałam jeszcze raz. Cisza, poszłam sprawdzić co się stało. Mat leżał nieruchomo na podłodze. Podbiegłam do niego.
-M-mat! - z moich ust wydała się dziwny skrzek. To, że go nie lubię nie usprawiedliwia go do niespodziewanego umierania. Uklękłam nad nim i obróciłam go na plecy. Wyglądał normalnie, nie miał, żadnego ślady po jakimkolwiek choćby najmniejszym ataku. Po moim policzku spłynęła łza. Za dużo śmierci już widziałam. Gdy tylko to zobaczyłam myślałam, że sama go zabiję. Śmiał się, cham się śmiał.
-Wystraszyłem cię?- zapytał beztrosko. Dałam mu w pysk. Nie, żeby coś ale dostał prosto z pięści w prawy policzek.
- Ty świnio! - rzuciłam i uciekłam
***
Nie było mnie do wieczora. Nie spotkałam V i Leona. Włuczyłam się bez sensu, myśląc o tym co się stało, aż zrobiło się ciemno. Chodziłam w tę i z powrotem po polnej dróżce. Patrzyłam na wolno kołyszące się zboża i kwiaty. Wiatr drażnił się z moim kokiem i przyjemnie łaskotał mnie po nogach. Uświadomiłam sobie, że nie wiem nawet kto jest rodzicem Mata tj. boskim rodzicem. Usiadłam pod drzewem i zdawało mi się, że go słyszę. Wiem, że to nie możliwe, bo na pewno za mną nie szedł. Może już mi odbija? Rozmyślałam też czemu w ogóle tu przyjechaliśmy. Całym ciałem czuje, że błądzimy po omacku. To nie jest dobry kierunek. Było około 20 kiedy zdecydowałam się wrócić do hotelu. Wróciłam tą samą ścieżką, jednak wydawała mi się ona niekończącą mordęgą. Zaczęłam się czuć bardzo ociężała jak by ktoś przygniatał mnie i ciągnął ku ziemi. Wtedy mój umysł odzyskał kontrolę, ktoś chciał nade mną zapanować. Jednak gdy się zorientowałam leżałam nadal pod drzewem całkiem sama. Biegiem ruszyłam do domu. Gdy wparowałam do pokoju wszyscy zwrócili ku mnie wzrok. Venna rzuciła mi się na szyję i pytała co się stało. Opowiedziałam im wszystko, chociaż trochę się zastanawiałam nad tym.
-Lara wszytko ok, na pewno to sobie wymyśliłaś- skwitowała V. Skoro ona mi nie wierzy może faktycznie tylko mi się wydawało. Leo ją poparł i powiedział, żebym się nie martwiła. Tylko Mat badawczo mi się przyglądał.
Zapraszam cię na moje dwa blogi:
OdpowiedzUsuń~ a'la lifestylowy http://bambusowy-kwiat.blogspot.com/
~ oraz ff http://strazniczka-rohanu.blogspot.com/
Mam nadzieję, że zajrzysz.
Ave Książkomanka! sorka że dopiero teraz komentuje
OdpowiedzUsuńWychwyciłam błąd.
"Koszulka mi jeszcze nie wyszła"-wyszła? chyba wyschła.
A poza tym to spoko rozdział
Matt to debil