-No nie wytrzymam?! - Co za imbecyl, że tez z kimś takim muszę rozmawiać! Nic się od takiego nie dowiem.
-Powinna pani się uspokoić i mnie wysłuchać.
-Serio?! -krew się we mnie zagotowała.
-Uspokój się! Masz iść ze mną do dowódcy.
-Jeszcze mi rozkazujesz?! Gdzie się podziało proszę pani?
-Dobra Lara byłem miły, ale teraz się rusz! Skoro ten chłoptaś siedzi cały czas z blondyną to ty musisz być osobą dysponowaną i porozmawiać z pretorem. Trzeba wymyślić plan!
-I kim ty jesteś, że mam cię słuchać, bo do tej pory się nie przedstawiłeś.
-Czy to ważne?
-Tak, dla mnie tak.
-Mat O'Kelly. Starczy?
-No dobra. Tylko, żebyś czasem nie myślał, że tak łatwo ci poszło.
-Dobra, dobra chodź już.
-Nie popędzaj mnie!- co za cham!
***
Rozmowa z panią pretor wypadły pomyślnie. Ustaliłyśmy co i jak. Dowiedziałam się, że ich wyrocznia ma na imię Jacob i rozcina pluszaki. Trochę to okropne, ale musimy go ratować, bo jak ona to ujęła "On jest bardzo ważny w całej układance", ale nic więcej nie chciała mi powiedzieć. Mam wrażenie, że ona i pan George wiedzą znacznie więcej niż my wszyscy. Venna jeszcze leży w szpitalu po naszej ostatniej bójce w sumie to już dwa dni. Czuję, że czas nieubłaganie ucieka. Najgorsze jest to: szanowna pani pretor stwierdziła iż badziewny pan Mat musi jechać z nami. Jeszcze mi tego brakowało! Jak tu wytrzymać?! Gdyby Leo chociaż był przydatny, a tu nic on cały czas przy Vennie siedzi i myśli, że mi wcale nie jest potrzebny. Eh.
Wypuściłam powietrze przez usta i omal nie padłam ze strachu. Za mną odezwał się głos:
-Nie boisz się tak sama siedzieć? - odwróciłam się do niego.
-O co ci znów chodzi?! Już porozmawiałam z twoją panią pretor. - spojrzał na mnie, ale się nie odezwał. Odwróciłam się znów w stronę oświetlonego obozowiska, bowiem siedziałam na nie wielki wzniesieniu po wielką płaczącą wierzbą. Jej liście miło szumiały nad moją głową, słońce zaszło już sporą chwilę temu więc mogłam ze spokojem rozkoszować się blaskiem lamp. Do obozu był spory kawałek więc myślałam, że nikt się tak daleko nie zapuści, a tu taka niespodzianka. Mat powoli usiadł obok mnie. Szturchnęłam go w bok, żeby się odsunął na odległość chociaż metra. Niestety na niego to nie podziałało i nadal tkwił 30 centymetrów od mnie. Dobra będę musiała go jakoś znieść, bo miałam zamiar trochę tu posiedzieć i to się nie zmieniło. Siedzieliśmy tak dobre 30 minut wpatrują w domki, które powoli tonęły w coraz większej ciemności. W końcu ciszę przerwał jego głos:
-Pięknie tu, ale nikt się tu nie zapuszcza oprócz mnie. To moje miejsce.
-Twoje? Czyli zabraniasz mi tu być? Co za bezczelność! Wiedz, że ja nie mam zamiaru się stąd ruszać.- uniosłam dumnie głowę.
-Nie o to mi chodziło. To moje miejsce czyli ty jesteś tu na przywilejach, a skoro zdecydowałem się pokazać ci coś mojego to ty powinnaś się odwzajemnić.
-Pozwoliłeś?!
-Tak. Zauważyłem cię jak wychodziłaś z obozu, mogłem od razu cię nastraszyć i zniechęcić, ale tego nie zrobiłem.
-Nie tak łatwo mnie przestraszyć. - co on myśli, że ja jestem strachliwą panienką - A czym sobie na to zasłużyłam?
-Jeszcze nie wiem. Nie zdążyłem cię rozgryźć, a lubię wiedzieć z kim przebywam. Zwłaszcza, że wyruszamy razem by znaleźć wyrocznie.
-Yhm... Chciałabym cie tylko poinformować, że nie łatwo mnie rozgryźć.
***
-Lara! - głos Leo wyrwał mnie z przyjemnego snu.
-Co się stało? - zapytałam nieprzytomnym głosem.
-Venna się obudziła! - czyżbym zobaczyła łzę w jego oku. Zwlekłam się z łóżka i już po 3 minutach byłam gotowa i pobiegliśmy do lecznicy.
-Vennuś, kochanie jak się czujesz? - rzuciłam się jej na szyję.
-Dobrze, już lepiej tylko mnie tak nie ściskaj, bo mnie połamiesz.
-Nic ci nie jest, powoli musimy ruszać.
-Lara.- szturchnął i skarcił mnie Leon.
-Przepraszam, ale czas nieubłaganie ucieka, czuje, że straciliśmy za dużo czasu. Jesteśmy co najmniej dzień w plecy. Dziś wieczorem musimy ruszać.
-Dobrze, miałam problemy z kostką, ale dzięki ambrozji mogę chodzić.
-To dobrze, mam jeszcze jedną wiadomość- opowiedziałam i o rozmowie z panią pretor i Macie.
-Czyli dziś wieczorem wyruszamy do Buenos Aires. - podsumował Leo.
-Dokradnie tak. - odpowiedziałam
-Czemu tam? -zapytała Venna
-Niby tam prowadzą wszystkie ślady. - starałam się zabrzmieć jak bardziej irytująca wersja dowódcy.
-Zastanawiam się jak tam dotrzemy, w tak krótki czasie. Na moje oko mamy góra 3 tygodnie, żeby wszystko się udało, może więcej nie jestem pewna. A tak poza tym musimy uważać na tego całego Mata nie ufam mu. Wydaje mi się, że on jest strasznie wpatrzony w pretor. Po co on na w ogóle?
-Laruś , nie martw się damy sobie z nim rade. Poza tym pewnie nie jest taki zły - powiedziała Venna i uśmiechnęła się ironicznie. Jasne niech myśli, że mi się ten imbecyl podoba! Też mi coś! Pf! Odwróciłam się na pięcie i na odchodnym powiedziałam :
-O 16 wyruszamy. Jest 9:33 więc macie dosyć czasu.
Po śniadaniu byłam już spakowana więc po raz ostatni postanowiłam przejść się po rzymskim obozie i pożegnać się z wyjątkami, których polubiłam. Okolica jest naprawdę piękna, wszystko jak pod linijkę, idealne, na rozkaz. Podoba mi się tu wszystko jest takie poukładane, a ja tu nie pasuje i to mi się właśnie podoba. To, że tu nie pasuje. Podziwiam równiutko położone chodniki na których nie odważy się wyrosnąć żadna kępka trawy. Przechadzałam się długo, aż w końcu znalazłam coś nie idealnego. Gdy wyszłam z bardziej zaludnionej części szłam brązowym chodnikiem, aż w końcu znalazłam się na obrzeżach tam trawa zaczęła rosnąć między kostkami, płyty chodnika były popękanie tu wszystko rosło dziko. Zastanawiałam się jak rzymianie mogli pozwolić sobie na takie zaniedbanie. Wszędzie wszystko pod centymetr nawet włosy, a tu co? Tu pozwolili sobie na odrobinę wolności? Na taki mały nie porządek? Będę musiała kogoś później o to zapytać. Chyba, że nikt o tym nie wie. Spojrzałam na zegarek była już 15:30 jak długo tu siedziałam? Muszę wracać. Szybko pokonałam odległość do obozu. Trochę się zmęczyłam i raczej nie wyglądałam za korzystnie, ale ta przebieżka dodała mi energii. Wpadłam jeszcze tylko do domku po plecak i popędziłam na forum gdzie mieliśmy się spotkać. Mat już czekał, a Leo i Venna szli drogą na przeciw mnie.
-Cześć - Venna energicznie pomachała nam na powitanie.
-Hej - uśmiechnęłam się do nich. - Wszyscy gotowi możemy ruszać?
-Aj, aj -odpowiedział Mat.
-Mam bilety na autobus stąd do Virginii. Będziemy kawałek jechać przy dobrych wiatrach będziemy tam za dwa, trzy dni. - powiedział krzepiącą Leo.
Wszyscy na pożegnali w sensie takim bardziej uroczystym stylu. U p.pretor mieliśmy bardzo wysokie względy widocznie chciała już się pozbyć greckich gości. Mimo wszystko mam wrażenie, że nas polubiła.
Na autobus nie musieliśmy długo czekać. Zajęliśmy miejsca na samym końcu i ruszyliśmy do Virginii.
_________________________________________________________________________
Dla Luny Elenvood, która z niecierpliwością czekała na kolejny rozdział. :)