środa, 29 lipca 2015

ROZDZIAŁ 5 cd. - Mat

Zacznę od notki od autora:
Na początku chciałabym was przeprosić za jakość ostatniego rozdziału i za ogólną nieregularność wpisów. Cóż nie na leżę do osób działających regularnie. Postaram się dodawać rozdział co tydzień, ale podejrzewam, że nie zawsze w ten sam dzień (brzmi logicznie?). Tak więc cieszę się jeśli jeszcze tu jesteście i zdecydowaliście się być wobec mnie cierpliwi. Mam dodatkowe pokłady weny,ponieważ kończę "Dar Julii" i powiem wam, że jestem zadowolona (#teamWarner i zostało mi jakieś 100 stron do końca). Tak więc postaram się cały mój entuzjazm wyrzucić w rozdział i liczę, że wam się spodoba :)
Pozdrawiam, dziękuję, proszę
                                                       Ever.

______________________________________________________________________________

Było to tak. Szliśmy lasem, powoli śmiejąc się i zapominając o troskach. Jak paczka przyjaciół, albo rodzeństwo. Jak gdyby nigdy nie było potworów, ani zmartwień. Rozluźniłem się i wszystko wymknęło się spod kontroli. Zewsząd zbiegły się burzowe chmury; niebo zaszło granatem,a jego powierzchnie przecinały błyskawice. Zerwał się wiatr i wszystko działo się tak szybko. Wszystko ruszyło na nią. Nie dziwię się, że niczego nie pamięta. Widzę w zwolnionym tempie jak uderza o drzewo i spada. Tak w kółko. Ten sam obraz, aż w końcu się budzę.

Siadam i rozglądam się po pokoju. Słońce zaraz wzejdzie. Podejrzewam, że jest koło piątej. Lara śpi po przeciwległej stronie pomieszczenia. Venna spokojnie oddycha koło niej. Natomiast śpiwór Leona jest pusty. Przebieram koszulkę i idę go poszukać.
Zatrzymaliśmy się niedaleko mało uczęszczanej szosy, w opuszczonym pustostanie. Dokoła rośnie las, a za domem rozciągają się pola. Obchodzę pomieszczenie ze wszystkich stron i wciągam powietrze do płuc. Wyczuwam coś dziwnego, ale nie mogę stwierdzić dokładnie co to jest.
Leo siedzi na schodach zbudowanych nie wiadomo po co. Donikąd nie prowadzą. To 3 małe stopnie przylegające do ściany bez drzwi. Dziwne, że teraz, aż tak zwracam uwagę na szczegóły.
-Przyjemnie, co?
Odwraca się w moją stronę, ale nic nie odpowiada. Postanawiam przysiąść się do niego.
-Te schody są bez sensu. Po co budować schody, które kończą się w ścianie?- mówi.
-Wiesz stary, też się nad tym zastanawiałem.
-Zastanawiam się co za imbecyl to projektował. - Leo wydaję się iście tym przejęty.
-Może stwierdził, że tak będzie oryginalniej - śmieję się - Mieć coś czego jeszcze nikt nie miał.
Zastanawia się nad tym.
-Brzmi logicznie, ale to i tak bezsensu - przeczesuje rękom włosy. - Przekonałem Larę. Na razie z nami zostaniesz. Nie bierz sobie zbytnio jej uwag do serca. Wczoraj, no wiesz. Była zdenerwowana, zmęczona i zła. Nie była sobą. Zdarza się.
Z jednej strony rozumiem zachowanie Lary. Ja sam nie wiem do końca co potrafię zrobić,a bez naparu i odpowiedniej koncentracji trudno jest nad tym panować. Wiem, że powinienem odejść i pewnie zostawią mnie przed granicami Alaski, ale czuję, że jeszcze mogę im się przydać.
-Wyczuwam jakiś zapach, ale nie wiem co to. Jesteśmy za daleko - precyzuję - Moglibyśmy iść na zwiad i przekonać się czy to nam zagraża.

Zostawiliśmy dziewczyny z listem nabazgranym na kawałku serwetki. Szliśmy równym, szybkim, miarowym tempem, Jak żołnierze, albo harcerze. Wyobrażam sobie siebie jak skauta i wybucham śmiechem. Leo patrzy na mnie podejrzliwie, a ja staram się opanować, co tylko pogarsza sytuacje.
On też zaczyna się śmiać. To lubię w tym chłopaku; jego poczucie humoru, że potrafi się śmiać nie znając nawet powodu. Przystaję, wciągam powietrze i przyciskam palec wskazujący do ust. Rozumie i od razu milknie. Staram się podejść do niego bezszelestnie i szeptem mówię;
-Cyklopy. Najmniej trzy. Niecały kilometr stąd.
-Co robimy.
-Moim zdaniem najlepiej będzie jak najszybciej ruszyć dalej. Są dość daleko, a poruszają się wolniej niż my. Jeśli się pośpieszymy powinniśmy zwiększyć jeszcze bardziej odległość.
-Mówimy dziewczynom?
-Wydaję mi się, że w świetle ostatnich wydarzeń nie ma sensu ich martwić. Chociaż domyślam się co Lara mi zrobi jak bardzo będzie niepocieszona jeśli jej nie powiemy. Jednak jestem gotowy przyjąć na siebie konsekwencje tego haniebnego czynu. - uśmiecham się.
Leo odwzajemnia uśmiech i wracamy do bazy.
Liczę na to, że cyklopy nas nie wyczuły. Napar bardzo maskuje mój zapach herosa, ale Leon z kilometra powinien być niewyczuwalny. Jednak na wszelki wypadek najlepiej wyruszyć jak najszybciej.
Gdy jesteśmy już na naszym terenie jest około południa, a dziewczyny krzątają się jak by od dawna tu mieszkały. Nie zwracają na nas uwagi, przechodzą jedna przez drugą, jak w transie. Spoglądam na Leo z niepokojem, po czym przenoszę wzrok na Larę. Stwierdzam, że ma bardzo ładną twarz. Wtedy z jej ust wypadają słowa:
-Spokojnie, Mat. Zaraz kończymy. - nie uśmiecha się, ale nie sprawia wrażenia bardzo wrogo nastawionej. To dobrze.
Po 10 minutach wszystko jest spakowane, czyste; gotowe do drogi, a pomieszczenie wygląda jakby nikt tu nigdy nie był. Zastanawiam się jak one to robią. Pracują w takiej harmonii. Większość rzymskich legionów nie potrafi być tak zgrana. To godne podziwu. Wychodzimy, każdy niesie swoje, rzeczy i znów ruszamy ku Alasce.
Idziemy poboczem szosy, która się ciągnie w nieskończoność i prawie czas biegnie prosto. Jest to niebezpieczne jeśli ktoś ma sokoli wzrok.
-Może zejdziemy do lasu. Pomiędzy drzewami będzie trudniej nas dostrzec.
-Ale zostawimy ślady na mchu przez co łatwiej będzie nas tropić.- odpowiada Lara.
-Tylko nie każdy jest tak spostrzegawczy jak nasza kochana V.
-Możemy za dnia iść pomiędzy drzewami, a nocą szosą. Tak będzie łatwiej. - głos zabiera Venna.
-Mi taka opcja odpowiada. - z szerokim uśmiechem zgadza się z nią Leon.
-Akceptuje. - mówię i wchodzę pomiędzy drzewa. Tu jest bezpieczniej i czuję się mniej widoczny.
Powietrze jest chłodniejsze i idzie się przyjemniej. V i Leo idą parę kroków za mną, a Lara mniej więcej w równiej linii z nimi ale parę kroków w bok, tak żeby im nie przeszkadzać. Wątpię, żeby chciała teraz ze mną rozmawiać. Więc idę dalej naprzód.
Zaczyna zmierzchać. Więc szykujemy się do wejścia z powrotem na szosę.
-Sprawdźmy jeszcze mapę. Teraz jeszcze coś widać, a potem może nie być czasu, żeby sprawdzić czy dobrze idziemy. - Lara wyjmuje mi te słowa z ust.
Venna sięga do plecaka i wyjmuje sporą kartke papieru zgięta na mniejsze części, żeby nie zajmowała za dużo miejsca. Powszechnie wszyscy nazywają to mapą. Lara przejmuje dowodzenie i zręcznymi ruchami rozkłada papier na odpowiednim sektorze odpowiadającym naszemu położeniu. Przybliża twarz do kartki i przez chwilę dokładnie się jej przygląda. Pomiędzy jej brwiami tworzą się malutkie zmarszczki.
-Jesteśmy na jakiejś nieoznakowanej, nic nie znaczącej drodze. Alternatywie dla korków których nie ma. Wydaje mi się, ze ta droga nigdzie się nie rozchodzi. Czyli jeśli będziemy się jej trzymać powinniśmy trafić na jakieś większe miasto i stamtąd autobusem lub czymś innym jeśli będzie to możliwe jechać dalej.
-Mogę spojrzeć? - trochę za długo na mnie patrzy, ale w końcu podaję mi mapę. Przyglądam się jej uważnie i zapamiętuje nasze położenie. To gdzie mniej więcej kończy się las, a gdzie są otwarte pola itd. Po czym zwijam mapę i oddaję ją Vennie. Ta z uśmiechem na ustach wkłada ją do plecaka. Rozciągam ręce, prostuję plecy i ruszamy dalej.

czwartek, 23 lipca 2015

ROZDZIAŁ 5 - Lara/Leo

Jesteśmy jakoś w połowie drogi, a ja już mam dość. Po drodze choć nadłożyliśmy w ten sposób trasy wstąpiliśmy do obozu. Spędziliśmy tam dzień. Jeden cały dzień, Wiem, że to nam wszystkim pomogło, ale rozczarowanie, gdy dowiedzieli się, że Jacob nie żyje, bo mieliśmy zły kierunek.

Dość użalania się nad sytuacją, muszę wykorzystać to co mamy. 

Słychać przyjemny szelest pod butami połączony z szumem wiatru. Jedyną rzeczą, która to niszczy jest cisza. Niezręczna, irytująca cisza. Odkąd Mat się "odkrył" (choć i tak myślę, że wszystkiego nam nie powiedział) tak właśnie jest. Niezręcznie cicho. Ciągle mam w głowie jego słowa o tym jak zmieniła mnie śmierć. Dlaczego? Mam mocne przeczucie, że on nie jest tylko zeusowy. Może błogosławieństwo Eola czy tam jak się nazywa jego rzymski odpowiednik.
-Ludzie mówcie! Błagam, czuję, że już mi rozum odejmuje. - swoim głosem spłoszyłam kilka ptaków. Ups.
-Dobrze, Laro co chciałabyś wiedzieć? - oczywiście Mat. To, że ostatnio normalnie rozmawialiśmy i postanowiłam go na razie nie zabijać nie znaczy, że się przyjaźnimy, albo mam być dla niego miła. Niedorzeczność!
-V na pewno dobrze idziemy? - szkoda mi ich. Leo od ostatniej wizyty w obozie jeszcze bardziej spochmurniał.
-Mój kompas nigdy się nie myli!- odpowiedział Leoś z szelmowskim uśmiechem.
-A co z  tym co ostatnio wybuchł?- śmieje się.
-Ten jest ulepszony! - robi zamaszysty ruch rękoma. - Zobacz. - podchodzi i pokazuje mi go.
Tutaj pada co najmniej 15 minutowy wykład o superowości kompasu. Uśmiecham się, bo w końcu coś go poruszyło. Podczas tej pasjonującej opowieści wyjął mały śrubokręt i zaczął wcielać w życie drobne poprawki, Kątem oka zauważyłam, że Mat się nam przygląda.
-Don't worry...  La-la la la. - mruczy pod nosem Venna.
Zaczynam jej wtórować i wkrótce wszyscy śpiewamy, śmiejemy się i jest jak dawniej.

***

Straciłam przytomność. Nie wiem na jak długo, gdy się obudziłam byliśmy już w małym pokoju; prawdopodobnie naszym miejscu noclegowym. Otaczały mnie 4 ściany, pomieszczenie było przestronne. Czemu stało puste? Nie było okien, ale i tak było ciepło.
-Co się stało? - mój głos charczał. Nawet nie pamiętam co się stało. Oczywiście mój szept przyciągnął uwagę wszystkich. Posypały się pytania typu; dobrze się czujesz? Ale nikt nie raczył mi odpowiedzieć. Takie zachowanie doprowadza mnie do szału nie lubię być nie poinformowana.
-Co jest!- odchrząknęłam- Zadałam wam konkretne pytanie.
Zamarli i odwrócili wzrok. Nikt nie chciał mówić, to zaczęło mnie martwić.
-Otóż...- zaczął, ale nie skończył Mat.
-No dalej!
Spróbowałam usiąść, ale zakręciło mi się w głowie.
-Tylko obiecaj, że nie zaczniesz się bać. - znów podjął próbę legionista.
-Niczego się nie boję. Może mi ktoś inny to wytłumaczyć, on niego już się chyba nasłuchałam wyjaśnień.
-Daj spokój.- Leo. Najbardziej irytująca cecha? Hm. może to, że się przyjaźnimy i umie mnie uciszyć?
-Robisz się zgryźliwa. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. - dokończyła V.
-Przepraszam. Możecie?
-Zdarzył się wypadek.
-To już wiem. - Leo spojrzał na mnie znacząco.
-Dasz skończyć? Mat nie panuje nad zdolnościami, bynajmniej nie nad wszystkimi i śwignął tobą o drzewo.- słowa wypowiedział z prędkością karabinu.
-Mat jest niedorajdą nie panującą nad mocami i przez to o mało co nie zginęłam? Dobrze zrozumiałam? Yhm. Okey.
-Okay? - mina zaskoczonego Mata była bezcenna.
-Okay, ale dalej nie idziesz.
-CO?- wszyscy naraz rzucili się na mnie.
-Może to okrutne  wiem, że dacie sobie radę sami o siebie zadbać, ale ja nie pozwolę, żeby to się znowu wydarzyło. Na Alaskę i tak ma wejść tylko trójka.

_____________________________________________________________

LEO.

To co usłyszałem o mało nie zwaliło mnie z nóg. Wiem, że Lara może być wkurzona. Rozumiem, ale to nie ona widziała jak jej ciało uderza o drzewo, nie czuła tego co my. Nawet Mat był przerażony nie chciał tego zrobić. Wydaje mi się, że jest dużo potężniejszy niż mu się wydaje.
-Lara.- zacząłem - To powinna być wspólna decyzja.
Nie na jej barkach od wizyty w obozie ta decyzja ciąży. Otóż, gdy tam zawitaliśmy Montgomery dał mi coś. Małą, złota fiolkę. Jedyne co powiedział to, ze będę wiedział kiedy jej użyć. Nie ma bardziej bezużytecznej informacji. Nawet nie wiem co jest w środku. Myślałem, że chodziło o Larę; że to miało ją uratować. Jednak coś mnie powstrzymało przed podaniem jej tego.
-Ale Leo. - widać było, że jej silna maska powoli zaczyna kruszeć. Nie mogę pozwolić jej się rozsypać, widziałem, że Venna też zamierza coś zrobić. Usiadła obok niej, objęła ją ramieniem;
-L. posłuchaj, pójdziemy dalej w kierunku Alaski, wszyscy. Razem. Tam pomyślimy.
Zrezygnowała, odpuściła, wiedziała, że nie ma sensu się kłócić. To by tylko pogorszyło sytuacje.
-Dobrze. Zostawcie mnie samą. Pogadamy rano.

***

Poczekałem, aż wszyscy zasną, żeby z nią spokojnie porozmawiać. Usiadłem na skraju jej śpiwora.
-Laro.
-Leo. Wiem, że chcecie dobrze, może Mat nie jest zły, ale nie wiem. Nie czuję go, chciałam dla was. Starałam się, ale ... Ale nie potrafię.
-Rozumiem. Nie oczekuję tego od ciebie. Tylko nie wiem czy to dobry pomysł zostawiać go tutaj. To nie za dobre podejście, ale on może się jeszcze przydać.
-Najgorsze jest to, że niestety muszę tu ci przyznać rację.
Uśmiechnąłem się do niej i oboje zaczęliśmy się śmiać. Powiedzieć jej o butelce?
-Znajdziemy rozwiązanie. Ja wiem Leo.
-Skąd? - zapytałem zaskoczony.
-Jeśli Montgomery daje ci coś w tajemnicy to lepiej nie w miejscu, którędy wracam do domku. -zaczęła się śmiać. - Przepraszam, nie widziałam jak ci to powiedzieć.
-Jak myślisz co to jest?
-Wymazywacz pamięci. - odparła z lekkością. - Nie patrz tak na mnie trochę popytałam. Tato się czasem przydaje. Oh. No chodzi o tom, że kto go wypije nie jest już herosem. Coś jak mocniejsza mgła w butelce. Działa też na bliskich. Traci to co miał, a zastępują to sztuczne wspomnienia. Nie działa to tylko na herosów, którzy daną osobę znali, ale tego nie zażyli. Czyli jeśli np. Mat by to wypił traci moc Zeusa, wraca do domu, a to, że tu był pamięta jako wycieczkę klasową. Tylko my będziemy go pamiętać i jego obóz. Chociaż może nawet oni zapomną.
-Trochę to okrutne. Po co Montgomery mi to dał?
-Zależy czy ktoś chce pamiętać.

__________________________

Przepraszam za drobne opóźnienie. Nie miałam weny, ale liczę, że zostaliście i jesteście ciekawi dalszych losów :)
Wiem, że część ze strony Lary nie jest idealna i trochę chaotyczna, ale postaram się to wynagrodzić.
Pozdrawiam, przepraszam, dziękuje Ever.

poniedziałek, 13 lipca 2015

ROZDZIAŁ 4 cd. - Mat

Lara podeszła do ciała i szturchnęła je nogą.
-O matko! On naprawdę nie żyje!
-No coś ty?! Jesteś bardzo błyskotliwa.- byłem zły, bo dobrze wiedziałem kto tam leży.
-Ludzie przestańcie to nie czas na złośliwości. - uspokajał Leon, ale to tylko bardziej mnie podburzyło.
-Na prawdę? Koleś to jest Jacob...
-Co?- Leo miał teraz naprawdę tępy wyraz twarzy.
- Nadal nie rozumiesz? To nasz wyrocznia, to znaczy wyrocznia obozu Jupitera. Musimy się śpieszyć, bo niedługo może być za późno dla waszej Katherine. Lara miała rację co do kierunku naszej podróży. Przepraszam. - spojrzałem jej prosto w oczy- Musimy jechać ku Alasce.
-Przepraszam, że co? - dodała Lara bardzo irytującym tonem.
-Ku Alasce.
-Skąd to wiesz?- zapytała Venna, która od dłuższego czasu siedziała nad Jacob'em.
-Czuje to. - Po ich minach widziałem, że nie zakapowali. - Pachnie jak tamtejsze powietrze. Poza tym obok niego leży bilet pociągowy. "ALASKA-VIRGINIA". Wygląda tak jakby sam się w to władował.
-ALE TO NIENORMALNE! - Lara nie wytrzymała.
-Okey. Lara wiem, że ci podpadłem, ale musiałem coś sprawdzić. Przepraszam, okey. Nie mamy teraz na to czasu. Ludzie proszę skupcie się. Mnie zastanawia tylko jedno, skoro ma bilet to musiał uciekać, ale przecież bliżej jest NY mógł jechać do obozu.
-Mat. To jest nowy bilet i nie "ALASKA-VIRGINIA" tylko "VIRGINIA-ALASKA". To zaproszenie... dla nas. - minę miała przerażająco poważną.
Poczułem odrażający zapach i natychmiast się odwróciłem. Niczego nie było widać, ale byłem pewny, że coś nas obserwuje. Wpatrywałem się w drzwi i nagle wleciały one. Stado eryni, około 12. Hałas był okropny.

***
-Stary co to było? - Leo rozdziawił buzię ze zdziwienia.
Lepiej jak powiem im od razu. Nie planowałem tego tak. Nie teraz.
- To, cóż to byłem ja.
Rozejrzałem się gdzie wylądowaliśmy. Mała polana niedaleko pensjonatu, ale chyba wystarczając daleko by na razie nas złapali. Mamy chwilę, żeby odsapnąć. Spojrzałem z powrotem na Leo, nadal się we mnie wpatrywał.
-Chłopak co się stało? - Lara zaczęła podnosić się pomału z ziemi - pamiętam tylko ten okropny hałas.
-Poczekamy na Venne, gdy się obudzi wszystko wyjaśnię. Teraz sprawdźmy czy wszystko zabrałem.
-Czekaj, co zabrałeś? - Lara wyglądała na lekko oszołomioną. Nie sądziłem, że zadziała to na nią tak mocno.
-Musieliśmy szybko uciekać kiedy zaatakowały nas erynie. Byłem rozproszony mogłem o czymś zapomnieć.
Spojrzała na mnie wzrokiem żądającym wyjaśnień, ale nie chciałem mówić tego dwa razy. Czekamy na V. Podszedłem do porozrzucanych rzeczy i powoli zacząłem sprawdzać czy wszystko jest i każdemu rzucać to co należało do niego. Wszystkie rzeczy Lary były oprócz bluzki, która się jeszcze suszyła, Leo niczego nie rozpakował więc cały jego dobytek był w dobrym stanie, V cóż jest stratna parę strzał, ale trudno przenosić parę osób i rzeczy z różnych miejsc w tym samym czasie będąc ściganym przez erynie. Nawet po szkoleniach nie jestem jeszcze tak dobry. Ostatni był mój plecak, liczę, że ta jedna rzecz przetrwała. Była. Małe brązowe pudełko przetrwało. Nie musiałem sprawdzać zawartości.

***
Kiedy Venna się obudziła zażądali wyjaśnień. Leo chyba prawie wszystko widział na własne oczy, ale dziewczyny, cóż jestem legionistą muszę to przyjąć z godnością.
-Nie będę lał wody, bo to nie o to chodzi. Postarajcie się wysłuchać wszystkiego zanim zaczniecie zadawać pytania.
-Dobra, dobra mów już - złośliwie przewała Lara.
-Spokojnie kochanie już mówię - mój ton... cóż, aż ociekał sarkazmem, choć starałem się brzmieć dobrze.- Jestem synem Jupitera. Nie Leo nie takim jak Jason. Jestem potężniejszy; mam większe zdolności - nie chciałem im mówić wszystkiego, żeby ich nie przestraszyć, bynajmniej nie wszystkim. Spojrzałem na Larę. Czy jej mógłbym powiedzieć? Zauważyłem jak przy ostatnim zdaniu wywraca oczami. - Laro nie musisz mi wierzyć, ale Leo może potwierdzić co zrobiłem w pensjonacie.
- Właśnie, co ty tam zrobiłeś? - nie kryła już złości i odrazy do mojej osoby.
- Wyczułem erynie, ale za późno, gdy nas zaatakowały musiałem działać szybko. Stworzyłem coś na kształt małego cyklonu w tamtym pomieszczeniu, żeby je ogłuszyć. Jak widać podziałało również na was. - uniosłem prawy kącik ust w górę - Wiedziałem, że nie możemy tam zostać więc trochę rozbiłem nas na cząsteczki i podobnie nasze rzeczy i przeniosłem tutaj.
-HAHAHA- zaśmiała się Lara - zabawne...
-To prawda. - odezwał się wyrwany z zamyślenia Leo.
Uśmiech Lary zbladł. Zapadła ciszę, którą dopiero po dłuższym czasie przerwała Venna.
-Czyli ruszamy na Alaskę, a miało być ciepło.
-Tak, musimy znaleźć transport - Leo pomału wracał do normalnego funkcjonowania. Lara patrzyła na mnie podejrzanie. Jej wzrok mówił, że porozmawiamy później; tylko we dwoje.
-Jest coś o czym nie zdążyłam wam jeszcze powiedzieć, gdy wy się sprzeczaliście przypatrywałam się Jacobowi. Na ręku miał napisane:
 "Tylko troje na północ się dostanie, by ukończyć wyzwanie"
Wyglądało to na dokończenie przepowiedni. Musiał to napisać, zanim oni - głos złamał jej się trochę- Mimo wszystko uważam, że należy jechać na Alaskę.
-Wiesz, że tam już nie sięga moc bogów? Ten teren nie należy do nas. Nikt nam tam nie pomoże.
-A czy ktokolwiek do tej pory nam pomagał. Jestem jedynym dzieckiem Posejdona, które nie oddycha pod wodą, żadnego wsparcia. Musimy liczyć sami na siebie. - wtrąciła Lara - I uważam, że to jest właściwy kierunek, teraz już wiemy na pewno.

***
Przeszliśmy parę kilometrów lasem, by oddalić się od potencjalnego zagrożenia. Dziwne było to, że nikt nas nie ściga, tak jak by chcieli, abyśmy dotarli na Alaskę. Rozpaliliśmy ognisko ("kontrolowane" przez Leo, żeby nie było go za bardzo widać, ale by grzało). V i Leo już spali, nie byłem pewny czy Lara też, ale jak na razie zostałem sam na sam z ogniskiem. Oczy zaszły mi mgłą. Musze zażyć napar. Wyjąłem mały blaszany kubek z plecaka i nasypałem mieszankę ziół z pudełka. Woda. Potrzebuję wody. W plecaku został mi około 250 ml, miało starczyć do następnego przystanku, ale to jest ważniejsze. Legionista zawsze wybiera rozsądną drogę. Nie ucieka przed wyzwaniem. Zawsze umiera chwalebnie. Przypomniałem sobie jedyne słowa ojca jakie usłyszałem. Zalałem mieszankę i wstawiłem kubek w żarzące się ognisko. Po chwili parzenia poczułem słodki, zgubny zapach. Napar tylko pięknie pachnie, reszta pozostawia wiele do życzenia, ale co mogę zrobić to on utrzymuje mnie przy życiu.
-Co tak pachnie? - usłyszałem za plecami. Jak mogłem tak podpaść, czemu nie poczułem, że wstała.
-Zioła - zastanowiłem się chwilę czy coś dodać - pomagają mi.
Spojrzała na mnie, ale nic więcej nie dodała.
-Teraz możemy spokojnie porozmawiać. Nie chcę martwic Venny, a wiem, że każda zła informacja dobija Leo. Chłopak obwinia się za to co tu się dzieje.
-Nie potrzebnie- pierwszy raz widzę Larę w pokojowym nasta
wieniu do mnie - To nie jego wina.
-Ale on stara się chronić V, a ona jest uparta i ... Właśnie i.
Wyjąłem napar z ognia i zacząłem sączyć.
-Wiesz zastanawiam się co znaczy "tylko troje" nie chciałam mówić tego głośno, by nikogo nie straszyć, ale ty jesteś najmniej w to zamieszany. Nie znasz nas, a my ciebie.
Zabolało.
-Tak słyszałem co mówiła V. Tylko troje, co może oznaczać, że jedną osobę stracimy. Nie wiemy tylko w jaki sposób.
-Nie mów im tego. - zagroziła Lara. Zaczęła się podnosić i ruszyła w kierunku śpiwora. Skierowałem wzrok z powrotem na ognisko.
-Mat. Mówiłeś, że musiałeś coś sprawdzić co to było.
Nie spojrzałem na nią.
-Zaufanie. Sprawdzałem jak zmieniła cię śmierć. Czy stałaś się na nią niewrażliwa, z powodu tylu już widzianych, czy wręcz przeciwnie stwierdziłaś, że już za wielu poległo. - nie widziałem jej twarzy, ale domyślam się jak mogła wyglądać. Przez chwilę zapanował cisza, a potem usłyszałem oddalające się kroki.
____________________________________________

PAM-PA-RAM

Wielka reaktywacja!
Zapewne wielu moich czytelników odeszło, nie dziwie się.
Miną już ponad rok.
Dlaczego wróciłam?
Wiecie co chyba sama nie wiem, otworzyłam stare śmieci i stwierdziłam, że warto. Chociaż dla samej siebie.
14.07.2015 wielki powrót - urodziny mojej koleżanki- dobra data
Niech ciekawość was trzyma do następnego rozdziału.

Pozdrawiam, przepraszam i dziękuje Ever.