Lara podeszła do ciała i szturchnęła je nogą.
-O matko! On naprawdę nie żyje!
-No coś ty?! Jesteś bardzo błyskotliwa.- byłem zły, bo dobrze wiedziałem kto tam leży.
-Ludzie przestańcie to nie czas na złośliwości. - uspokajał Leon, ale to tylko bardziej mnie podburzyło.
-Na prawdę? Koleś to jest Jacob...
-Co?- Leo miał teraz naprawdę tępy wyraz twarzy.
- Nadal nie rozumiesz? To nasz wyrocznia, to znaczy wyrocznia obozu Jupitera. Musimy się śpieszyć, bo niedługo może być za późno dla waszej Katherine. Lara miała rację co do kierunku naszej podróży. Przepraszam. - spojrzałem jej prosto w oczy- Musimy jechać ku Alasce.
-Przepraszam, że co? - dodała Lara bardzo irytującym tonem.
-Ku Alasce.
-Skąd to wiesz?- zapytała Venna, która od dłuższego czasu siedziała nad Jacob'em.
-Czuje to. - Po ich minach widziałem, że nie zakapowali. - Pachnie jak tamtejsze powietrze. Poza tym obok niego leży bilet pociągowy. "ALASKA-VIRGINIA". Wygląda tak jakby sam się w to władował.
-ALE TO NIENORMALNE! - Lara nie wytrzymała.
-Okey. Lara wiem, że ci podpadłem, ale musiałem coś sprawdzić. Przepraszam, okey. Nie mamy teraz na to czasu. Ludzie proszę skupcie się. Mnie zastanawia tylko jedno, skoro ma bilet to musiał uciekać, ale przecież bliżej jest NY mógł jechać do obozu.
-Mat. To jest nowy bilet i nie "ALASKA-VIRGINIA" tylko "VIRGINIA-ALASKA". To zaproszenie... dla nas. - minę miała przerażająco poważną.
Poczułem odrażający zapach i natychmiast się odwróciłem. Niczego nie było widać, ale byłem pewny, że coś nas obserwuje. Wpatrywałem się w drzwi i nagle wleciały one. Stado eryni, około 12. Hałas był okropny.
***
-Stary co to było? - Leo rozdziawił buzię ze zdziwienia.
Lepiej jak powiem im od razu. Nie planowałem tego tak. Nie teraz.
- To, cóż to byłem ja.
Rozejrzałem się gdzie wylądowaliśmy. Mała polana niedaleko pensjonatu, ale chyba wystarczając daleko by na razie nas złapali. Mamy chwilę, żeby odsapnąć. Spojrzałem z powrotem na Leo, nadal się we mnie wpatrywał.
-Chłopak co się stało? - Lara zaczęła podnosić się pomału z ziemi - pamiętam tylko ten okropny hałas.
-Poczekamy na Venne, gdy się obudzi wszystko wyjaśnię. Teraz sprawdźmy czy wszystko zabrałem.
-Czekaj, co zabrałeś? - Lara wyglądała na lekko oszołomioną. Nie sądziłem, że zadziała to na nią tak mocno.
-Musieliśmy szybko uciekać kiedy zaatakowały nas erynie. Byłem rozproszony mogłem o czymś zapomnieć.
Spojrzała na mnie wzrokiem żądającym wyjaśnień, ale nie chciałem mówić tego dwa razy. Czekamy na V. Podszedłem do porozrzucanych rzeczy i powoli zacząłem sprawdzać czy wszystko jest i każdemu rzucać to co należało do niego. Wszystkie rzeczy Lary były oprócz bluzki, która się jeszcze suszyła, Leo niczego nie rozpakował więc cały jego dobytek był w dobrym stanie, V cóż jest stratna parę strzał, ale trudno przenosić parę osób i rzeczy z różnych miejsc w tym samym czasie będąc ściganym przez erynie. Nawet po szkoleniach nie jestem jeszcze tak dobry. Ostatni był mój plecak, liczę, że ta jedna rzecz przetrwała. Była. Małe brązowe pudełko przetrwało. Nie musiałem sprawdzać zawartości.
***
Kiedy Venna się obudziła zażądali wyjaśnień. Leo chyba prawie wszystko widział na własne oczy, ale dziewczyny, cóż jestem legionistą muszę to przyjąć z godnością.
-Nie będę lał wody, bo to nie o to chodzi. Postarajcie się wysłuchać wszystkiego zanim zaczniecie zadawać pytania.
-Dobra, dobra mów już - złośliwie przewała Lara.
-Spokojnie kochanie już mówię - mój ton... cóż, aż ociekał sarkazmem, choć starałem się brzmieć dobrze.- Jestem synem Jupitera. Nie Leo nie takim jak Jason. Jestem potężniejszy; mam większe zdolności - nie chciałem im mówić wszystkiego, żeby ich nie przestraszyć, bynajmniej nie wszystkim. Spojrzałem na Larę. Czy jej mógłbym powiedzieć? Zauważyłem jak przy ostatnim zdaniu wywraca oczami. - Laro nie musisz mi wierzyć, ale Leo może potwierdzić co zrobiłem w pensjonacie.
- Właśnie, co ty tam zrobiłeś? - nie kryła już złości i odrazy do mojej osoby.
- Wyczułem erynie, ale za późno, gdy nas zaatakowały musiałem działać szybko. Stworzyłem coś na kształt małego cyklonu w tamtym pomieszczeniu, żeby je ogłuszyć. Jak widać podziałało również na was. - uniosłem prawy kącik ust w górę - Wiedziałem, że nie możemy tam zostać więc trochę rozbiłem nas na cząsteczki i podobnie nasze rzeczy i przeniosłem tutaj.
-HAHAHA- zaśmiała się Lara - zabawne...
-To prawda. - odezwał się wyrwany z zamyślenia Leo.
Uśmiech Lary zbladł. Zapadła ciszę, którą dopiero po dłuższym czasie przerwała Venna.
-Czyli ruszamy na Alaskę, a miało być ciepło.
-Tak, musimy znaleźć transport - Leo pomału wracał do normalnego funkcjonowania. Lara patrzyła na mnie podejrzanie. Jej wzrok mówił, że porozmawiamy później; tylko we dwoje.
-Jest coś o czym nie zdążyłam wam jeszcze powiedzieć, gdy wy się sprzeczaliście przypatrywałam się Jacobowi. Na ręku miał napisane:
"Tylko troje na północ się dostanie, by ukończyć wyzwanie"
Wyglądało to na dokończenie przepowiedni. Musiał to napisać, zanim oni - głos złamał jej się trochę- Mimo wszystko uważam, że należy jechać na Alaskę.
-Wiesz, że tam już nie sięga moc bogów? Ten teren nie należy do nas. Nikt nam tam nie pomoże.
-A czy ktokolwiek do tej pory nam pomagał. Jestem jedynym dzieckiem Posejdona, które nie oddycha pod wodą, żadnego wsparcia. Musimy liczyć sami na siebie. - wtrąciła Lara - I uważam, że to jest właściwy kierunek, teraz już wiemy na pewno.
***
Przeszliśmy parę kilometrów lasem, by oddalić się od potencjalnego zagrożenia. Dziwne było to, że nikt nas nie ściga, tak jak by chcieli, abyśmy dotarli na Alaskę. Rozpaliliśmy ognisko ("kontrolowane" przez Leo, żeby nie było go za bardzo widać, ale by grzało). V i Leo już spali, nie byłem pewny czy Lara też, ale jak na razie zostałem sam na sam z ogniskiem. Oczy zaszły mi mgłą. Musze zażyć napar. Wyjąłem mały blaszany kubek z plecaka i nasypałem mieszankę ziół z pudełka. Woda. Potrzebuję wody. W plecaku został mi około 250 ml, miało starczyć do następnego przystanku, ale to jest ważniejsze. Legionista zawsze wybiera rozsądną drogę. Nie ucieka przed wyzwaniem. Zawsze umiera chwalebnie. Przypomniałem sobie jedyne słowa ojca jakie usłyszałem. Zalałem mieszankę i wstawiłem kubek w żarzące się ognisko. Po chwili parzenia poczułem słodki, zgubny zapach. Napar tylko pięknie pachnie, reszta pozostawia wiele do życzenia, ale co mogę zrobić to on utrzymuje mnie przy życiu.
-Co tak pachnie? - usłyszałem za plecami. Jak mogłem tak podpaść, czemu nie poczułem, że wstała.
-Zioła - zastanowiłem się chwilę czy coś dodać - pomagają mi.
Spojrzała na mnie, ale nic więcej nie dodała.
-Teraz możemy spokojnie porozmawiać. Nie chcę martwic Venny, a wiem, że każda zła informacja dobija Leo. Chłopak obwinia się za to co tu się dzieje.
-Nie potrzebnie- pierwszy raz widzę Larę w pokojowym nasta
wieniu do mnie - To nie jego wina.
-Ale on stara się chronić V, a ona jest uparta i ... Właśnie i.
Wyjąłem napar z ognia i zacząłem sączyć.
-Wiesz zastanawiam się co znaczy "tylko troje" nie chciałam mówić tego głośno, by nikogo nie straszyć, ale ty jesteś najmniej w to zamieszany. Nie znasz nas, a my ciebie.
Zabolało.
-Tak słyszałem co mówiła V. Tylko troje, co może oznaczać, że jedną osobę stracimy. Nie wiemy tylko w jaki sposób.
-Nie mów im tego. - zagroziła Lara. Zaczęła się podnosić i ruszyła w kierunku śpiwora. Skierowałem wzrok z powrotem na ognisko.
-Mat. Mówiłeś, że musiałeś coś sprawdzić co to było.
Nie spojrzałem na nią.
-Zaufanie. Sprawdzałem jak zmieniła cię śmierć. Czy stałaś się na nią niewrażliwa, z powodu tylu już widzianych, czy wręcz przeciwnie stwierdziłaś, że już za wielu poległo. - nie widziałem jej twarzy, ale domyślam się jak mogła wyglądać. Przez chwilę zapanował cisza, a potem usłyszałem oddalające się kroki.
____________________________________________
PAM-PA-RAM
Wielka reaktywacja!
Zapewne wielu moich czytelników odeszło, nie dziwie się.
Miną już ponad rok.
Dlaczego wróciłam?
Wiecie co chyba sama nie wiem, otworzyłam stare śmieci i stwierdziłam, że warto. Chociaż dla samej siebie.
14.07.2015 wielki powrót - urodziny mojej koleżanki- dobra data
Niech ciekawość was trzyma do następnego rozdziału.
Pozdrawiam, przepraszam i dziękuje Ever.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz