Zacznę od notki od autora:
Na początku chciałabym was przeprosić za jakość ostatniego rozdziału i za ogólną nieregularność wpisów. Cóż nie na leżę do osób działających regularnie. Postaram się dodawać rozdział co tydzień, ale podejrzewam, że nie zawsze w ten sam dzień (brzmi logicznie?). Tak więc cieszę się jeśli jeszcze tu jesteście i zdecydowaliście się być wobec mnie cierpliwi. Mam dodatkowe pokłady weny,ponieważ kończę "Dar Julii" i powiem wam, że jestem zadowolona (#teamWarner i zostało mi jakieś 100 stron do końca). Tak więc postaram się cały mój entuzjazm wyrzucić w rozdział i liczę, że wam się spodoba :)
Pozdrawiam, dziękuję, proszę
Ever.
______________________________________________________________________________
Było to tak. Szliśmy lasem, powoli śmiejąc się i zapominając o troskach. Jak paczka przyjaciół, albo rodzeństwo. Jak gdyby nigdy nie było potworów, ani zmartwień. Rozluźniłem się i wszystko wymknęło się spod kontroli. Zewsząd zbiegły się burzowe chmury; niebo zaszło granatem,a jego powierzchnie przecinały błyskawice. Zerwał się wiatr i wszystko działo się tak szybko. Wszystko ruszyło na nią. Nie dziwię się, że niczego nie pamięta. Widzę w zwolnionym tempie jak uderza o drzewo i spada. Tak w kółko. Ten sam obraz, aż w końcu się budzę.
Siadam i rozglądam się po pokoju. Słońce zaraz wzejdzie. Podejrzewam, że jest koło piątej. Lara śpi po przeciwległej stronie pomieszczenia. Venna spokojnie oddycha koło niej. Natomiast śpiwór Leona jest pusty. Przebieram koszulkę i idę go poszukać.
Zatrzymaliśmy się niedaleko mało uczęszczanej szosy, w opuszczonym pustostanie. Dokoła rośnie las, a za domem rozciągają się pola. Obchodzę pomieszczenie ze wszystkich stron i wciągam powietrze do płuc. Wyczuwam coś dziwnego, ale nie mogę stwierdzić dokładnie co to jest.
Leo siedzi na schodach zbudowanych nie wiadomo po co. Donikąd nie prowadzą. To 3 małe stopnie przylegające do ściany bez drzwi. Dziwne, że teraz, aż tak zwracam uwagę na szczegóły.
-Przyjemnie, co?
Odwraca się w moją stronę, ale nic nie odpowiada. Postanawiam przysiąść się do niego.
-Te schody są bez sensu. Po co budować schody, które kończą się w ścianie?- mówi.
-Wiesz stary, też się nad tym zastanawiałem.
-Zastanawiam się co za imbecyl to projektował. - Leo wydaję się iście tym przejęty.
-Może stwierdził, że tak będzie oryginalniej - śmieję się - Mieć coś czego jeszcze nikt nie miał.
Zastanawia się nad tym.
-Brzmi logicznie, ale to i tak bezsensu - przeczesuje rękom włosy. - Przekonałem Larę. Na razie z nami zostaniesz. Nie bierz sobie zbytnio jej uwag do serca. Wczoraj, no wiesz. Była zdenerwowana, zmęczona i zła. Nie była sobą. Zdarza się.
Z jednej strony rozumiem zachowanie Lary. Ja sam nie wiem do końca co potrafię zrobić,a bez naparu i odpowiedniej koncentracji trudno jest nad tym panować. Wiem, że powinienem odejść i pewnie zostawią mnie przed granicami Alaski, ale czuję, że jeszcze mogę im się przydać.
-Wyczuwam jakiś zapach, ale nie wiem co to. Jesteśmy za daleko - precyzuję - Moglibyśmy iść na zwiad i przekonać się czy to nam zagraża.
Zostawiliśmy dziewczyny z listem nabazgranym na kawałku serwetki. Szliśmy równym, szybkim, miarowym tempem, Jak żołnierze, albo harcerze. Wyobrażam sobie siebie jak skauta i wybucham śmiechem. Leo patrzy na mnie podejrzliwie, a ja staram się opanować, co tylko pogarsza sytuacje.
On też zaczyna się śmiać. To lubię w tym chłopaku; jego poczucie humoru, że potrafi się śmiać nie znając nawet powodu. Przystaję, wciągam powietrze i przyciskam palec wskazujący do ust. Rozumie i od razu milknie. Staram się podejść do niego bezszelestnie i szeptem mówię;
-Cyklopy. Najmniej trzy. Niecały kilometr stąd.
-Co robimy.
-Moim zdaniem najlepiej będzie jak najszybciej ruszyć dalej. Są dość daleko, a poruszają się wolniej niż my. Jeśli się pośpieszymy powinniśmy zwiększyć jeszcze bardziej odległość.
-Mówimy dziewczynom?
-Wydaję mi się, że w świetle ostatnich wydarzeń nie ma sensu ich martwić. Chociaż domyślam się co Lara mi zrobi jak bardzo będzie niepocieszona jeśli jej nie powiemy. Jednak jestem gotowy przyjąć na siebie konsekwencje tego haniebnego czynu. - uśmiecham się.
Leo odwzajemnia uśmiech i wracamy do bazy.
Liczę na to, że cyklopy nas nie wyczuły. Napar bardzo maskuje mój zapach herosa, ale Leon z kilometra powinien być niewyczuwalny. Jednak na wszelki wypadek najlepiej wyruszyć jak najszybciej.
Gdy jesteśmy już na naszym terenie jest około południa, a dziewczyny krzątają się jak by od dawna tu mieszkały. Nie zwracają na nas uwagi, przechodzą jedna przez drugą, jak w transie. Spoglądam na Leo z niepokojem, po czym przenoszę wzrok na Larę. Stwierdzam, że ma bardzo ładną twarz. Wtedy z jej ust wypadają słowa:
-Spokojnie, Mat. Zaraz kończymy. - nie uśmiecha się, ale nie sprawia wrażenia bardzo wrogo nastawionej. To dobrze.
Po 10 minutach wszystko jest spakowane, czyste; gotowe do drogi, a pomieszczenie wygląda jakby nikt tu nigdy nie był. Zastanawiam się jak one to robią. Pracują w takiej harmonii. Większość rzymskich legionów nie potrafi być tak zgrana. To godne podziwu. Wychodzimy, każdy niesie swoje, rzeczy i znów ruszamy ku Alasce.
Idziemy poboczem szosy, która się ciągnie w nieskończoność i prawie czas biegnie prosto. Jest to niebezpieczne jeśli ktoś ma sokoli wzrok.
-Może zejdziemy do lasu. Pomiędzy drzewami będzie trudniej nas dostrzec.
-Ale zostawimy ślady na mchu przez co łatwiej będzie nas tropić.- odpowiada Lara.
-Tylko nie każdy jest tak spostrzegawczy jak nasza kochana V.
-Możemy za dnia iść pomiędzy drzewami, a nocą szosą. Tak będzie łatwiej. - głos zabiera Venna.
-Mi taka opcja odpowiada. - z szerokim uśmiechem zgadza się z nią Leon.
-Akceptuje. - mówię i wchodzę pomiędzy drzewa. Tu jest bezpieczniej i czuję się mniej widoczny.
Powietrze jest chłodniejsze i idzie się przyjemniej. V i Leo idą parę kroków za mną, a Lara mniej więcej w równiej linii z nimi ale parę kroków w bok, tak żeby im nie przeszkadzać. Wątpię, żeby chciała teraz ze mną rozmawiać. Więc idę dalej naprzód.
Zaczyna zmierzchać. Więc szykujemy się do wejścia z powrotem na szosę.
-Sprawdźmy jeszcze mapę. Teraz jeszcze coś widać, a potem może nie być czasu, żeby sprawdzić czy dobrze idziemy. - Lara wyjmuje mi te słowa z ust.
Venna sięga do plecaka i wyjmuje sporą kartke papieru zgięta na mniejsze części, żeby nie zajmowała za dużo miejsca. Powszechnie wszyscy nazywają to mapą. Lara przejmuje dowodzenie i zręcznymi ruchami rozkłada papier na odpowiednim sektorze odpowiadającym naszemu położeniu. Przybliża twarz do kartki i przez chwilę dokładnie się jej przygląda. Pomiędzy jej brwiami tworzą się malutkie zmarszczki.
-Jesteśmy na jakiejś nieoznakowanej, nic nie znaczącej drodze. Alternatywie dla korków których nie ma. Wydaje mi się, ze ta droga nigdzie się nie rozchodzi. Czyli jeśli będziemy się jej trzymać powinniśmy trafić na jakieś większe miasto i stamtąd autobusem lub czymś innym jeśli będzie to możliwe jechać dalej.
-Mogę spojrzeć? - trochę za długo na mnie patrzy, ale w końcu podaję mi mapę. Przyglądam się jej uważnie i zapamiętuje nasze położenie. To gdzie mniej więcej kończy się las, a gdzie są otwarte pola itd. Po czym zwijam mapę i oddaję ją Vennie. Ta z uśmiechem na ustach wkłada ją do plecaka. Rozciągam ręce, prostuję plecy i ruszamy dalej.
Nominowałam cię do LBA!!!
OdpowiedzUsuńszczegóły tu:
http://di-angelo-story.blogspot.com/2015/09/lba.html